|
"Jestem grzeczną i szczęśliwą dziewczynką" |
|
Prasa
|
|
Piątek, 22 Wrzesień 2006 |
Agnieszka Rylik urodziła się 21 stycznia 1974 roku w Kołobrzegu. Uprawiała kick-boxing, w którym, jak sama przyznaje, osiągnęła wszystko. W tej dyscyplinie była czterokrotną mistrzynią świata, trzykrotną mistrzynią Europy oraz dwukrotną mistrzynią Polski. Po przejściu na boks zawodowy odbyła osiemnaście walk, z których siedemnaście zakończyło się Jej zwycięstwem. Jest mistrzynią świata w wadze juniorpółśredniej organizacji WIBF i WIBO.
Agnieszka studiowała na Wydziale Politologii Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Poznaniu. Uwielbia zdrowy tryb życia, a gdy ma wolny czas chodzi często do kina. Znak zodiaku: Wodnik Ulubiona pora dnia: poranek Ulubiona pora roku: jesień Najbardziej mi żal: uciekających lat Ulubione danie: szarlotka…na ciepło Ulubiony napój: woda mineralna Płyta/książka/film, do których najczęściej powracam: Evanescence „Fallen”/ „Solaris” Lema/ „Solaris” Soderbergha Nałogi: jestem uzależniona od sportu Główna cecha mojego charakteru: ambitna, wytrwała, zdecydowana Cechy, których szukam u mężczyzny: pewność siebie Cechy, których szukam u kobiety: spokój Co cenię u przyjaciół: lojalność Moja główna wada: niecierpliwość Moje ulubione zajęcie: uprawianie sportów Moje marzenie o szczęściu: oby się spełniło Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: nic Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: utrata bliskich Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem: koszykarką lub lekarzem Kiedy kłamię: gdy nie chcę zrobić komuś przykrości Słowa, których nadużywam: niestety są to czasami przekleństwa Ulubieni bohaterowie literaccy: nie mam takich Ulubieni bohaterowie życia codziennego: uwielbiam moich przyjaciół Czego nie cierpię ponad wszystko: głupoty i zawiści Dar natury, który chciałabym posiadać: dłuuugie nogi (śmiech) Jak chciałabym umrzeć: spokojnie i spełniona Obecny stan mojego umysłu: szczęśliwość Błędy, które najłatwiej wybaczam: te, które nie są popełnione z premedytacją Piotr Bałajan: Kiedy wracasz na ring? Agnieszka Rylik: Wszystko zależy od stanu mojego zdrowia. Mam kontuzję kolana, do rekonstrukcji wiązadło krzyżowe, pękniętą łękotkę i niestety muszę się poddać operacji, po której czeka mnie pół roku rehabilitacji, chodzenie o kulach… Miałam to zrobić w okresie letnim po trasie „Tańca z Gwiazdami”, ale powiem szczerze, że szkoda mi było lata, wolałam je spędzić z bliskimi. Pewnie odłożę to na późną jesień, a może nawet na początek zimy. Tym bardziej, że teraz znów współpracuję z „Dzień Dobry TVN”, kręcimy sporo sportowych programów, a tam muszę być mobilna... Bardzo chcę wrócić na ring. Planowałam to na tegoroczną wiosnę, od stycznia ostro trenowałam po drugiej edycji „Tańca z Gwiazdami”, niestety poszło mi całe kolano i nie nadaję się obecnie do wyczynowego uprawiania sportu. A jak ta kontuzja ma się do tańca, który też bywa szybki, dynamiczny… Przecież w czerwcu brałaś udział w objazdowej trasie „Tańca z Gwiazdami”. Trochę boli, ale to nie ma nic wspólnego z ruchami skrętnymi, jakie występują w boksie… Masz na swoim koncie kilka kontuzji, dla kogoś, kto stoi z boku, słowa: „sport to zdrowie” nabierają nowego znaczenia… To fakt, czeka mnie piąta operacja ortopedyczna. Miałam problemy z Achillesem, z dwoma barkami, teraz kolano… Mój lekarz mawia, że jestem jak Maluch z dużym silnikiem i na spawach wysiadam (śmiech). A sport wyczynowy to rzeczywiście nie zdrowie. Wyczyn na tym polega, że trzeba naprawdę się temu poświęcić, by osiągnąć mistrzowską formę. Ja ćwiczę codziennie, żeby kondycyjnie wytrzymać dziesięć rund. Później wchodzę w cykl trzymiesięczny, trenuję dwa razy dziennie, sześć razy w tygodniu. Żyję w kieracie: sen, trening, jedzenie, trening i spanie. Jak mam siłę i czas, to się wybieram do kina. To nie jest dobre dla zdrowia, jeden dzień odpoczynku, sześć ciężkiej pracy fizycznej w tygodniu. To nie są naturalne ruchy dla człowieka… uderzanie milion razy ciosów… Każdy sukces ma swoją cenę. Jak jest w Twoim przypadku? Na pewno mogę wspomnieć o obciążeniach psychicznych związanych ze startem, z przygotowaniami, ze stresem... Nic nie ma za darmo. Odniesiony sukces daje człowiekowi szczęście, ale wcześniej jest masa nerwów, strachu i to się na człowieku odbija. Cena sukcesu w sporcie wyczynowym to kwestie, o których mówiłam przed momentem, czyli wszystko to, co odbija się negatywnie na zdrowiu. No i oczywiście czas, który poświęcasz na to, by być coraz lepszym. Nie żałuję poświęconego czasu, ale w pewnym momencie dotyka człowieka samotność. Bo nie masz tego czasu na przyjaciół, a niesamowicie ważni są ludzie, którzy cię wspierają. I często takie zwykłe przyjemności, także człowiekowi uciekają. To wszystko jest wliczone w cenę o której rozmawiamy. A co pomaga Ci przetrwać takie trudne chwile? Moi bliscy. Wielu rzeczy nie mogłabym robić, gdyby nie było wokół mnie kochających mnie ludzi. Takich, którzy sprawiają, że po ciężkim treningu mogę zapomnieć o wszystkim... Co poczuli Twoi rodzice, gdy dowiedzieli się, że będziesz uprawiać taki sport? Moja mama była jak najbardziej za. Po kick-boxingu stwierdziła, że jeśli mam tracić czas i zdrowie na sport wyczynowy to lepiej już z sensem. Mama była prawie na wszystkich moich walkach. Rodzice są moimi fanami i wiedzą, że gdy wychodzę na ring, to jestem przygotowana na sto procent i dbam o swoje bezpieczeństwo. Oczywiście denerwują się i bardzo przeżywają, ale już nie tak jak kiedyś. A gdy pewnego dnia w Twoim życiu pojawią się dzieci? Macierzyństwo w połączeniu ze sportem zawodowym to nie za bardzo…Do walki trzeba się przygotować, wyłączyć z innych spraw, cały dzień jest tej walce podporządkowany. Nie wyobrażam sobie, żeby było w tym momencie miejsce na dziecko. Do takich spraw należy podchodzić profesjonalnie. Do macierzyństwa też. Dziecko zmienia bardzo życie, i gdy się pojawi, jest najważniejsze. Jest po prostu numerem jeden. Pytanie może dziwne…Boks a taniec. Czy te dwa światy mają coś ze sobą wspólnego? Często się słyszy, że bokser tańczy w ringu… Dokładnie, taniec w ringu i na parkiecie. Tylko, że ten w ringu jest mniej towarzyski (śmiech). Boks to jest sport indywidualny, a tu działa dwójka ludzi. Jesteśmy połączeni tzw. ramą, biodrami…Dla mnie to nie do końca naturalne dotykać się po całym ciele z obcym człowiekiem. Na to trzeba się otworzyć. Niektóre ruchy są dziwne, głupawe…(śmiech). Inna sprawa, że taniec towarzyski jest naprawdę fajny, daje masę pozytywnej energii, to niesamowita zabawa. Gdy się do tego przyzwyczaisz, roztańczysz, to zauważysz, usłyszysz coś, czego nie widziałeś prędzej. W ramach czerwcowej trasy „Tańca z Gwiazdami” pamiętam, że był taki moment gdy zauważyłam, że są solówki w jakichś partiach utworów. Szef orkiestry Adam Sztaba uzmysłowił mi, że ta solówka jest obecna w utworze od początku całego turnieju, a nie dopiero od tygodnia (śmiech)… Twoim hobby jest kino. Czy lubisz filmy o tematyce bokserskiej? Wiem, że ostatni film Clinta Eastwooda „Million Dollar Baby” bardzo Cię rozczarował. To prawda. Ten film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Clint mógł pokazać inny sport. Historię o zawodniczce, która gra w polo i spada z konia, a nie boks. W tym filmie chyba wszystko jest przekłamane. Występowała tu przecież Lucia Rijker, w roli złej mistrzyni, ona tu tylko faulowała, a jest naprawdę bardzo dobra boksersko…Wydało mi się to wszystko żenujące. Zdecydowanie bardziej podobał mi się film „Człowiek ringu” z Russellem Crowe. To był boks w starym stylu, ale ta historia miała swój sens, ciepło, emocjonowałam się tym filmem. A „Rocky”? Bardzo lubię. Części od pierwszej do czwartej są znakomite. Jak miałam trzynaście lat, to nad moim łóżkiem wisiał plakat Rocky’ego (śmiech)…i ostatnio był niezły numer, gdy komentowałam walkę Oscara DelaHoya z Las Vegas, niedaleko mnie siedział Sylvester Stallone. Uśmiechał się do mnie, puścił do mnie oko, a ja, gdy już zostałam dopuszczona przez ochronę, zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Fajne przeżycie. Spotkanie z człowiekiem, którego plakat wisiał w moim pokoju, gdy byłam nastolatką. Skoro mowa o „Rocky’m”. Czy sytuacja, w której pięściarz przez dziewięć rund dostaje maksymalny wycisk, prawie leży na deskach i nagle w dziesiątej rundzie się podnosi, dostaje nadludzkiej siły i wygrywa pojedynek, jest możliwa, realna, czy tylko wymyślona na potrzeby filmu? W boksie to jest piękne, że wszystko jest w nim możliwe. Można wstać, uderzyć, jeśli się ma siłę i bardzo odporną szczękę, można przyjąć bardzo dużo ciosów…Ale ja też często mówię, że jest to bardzo ludzki sport, w którym nie wszystko zależy od siły, techniki, wytrzymałości, tylko od serca, serca do walki. Faktem jest to, że jednym ciosem możesz w ostatniej rundzie wygrać. Natomiast na potrzeby filmu było to strasznie przekoloryzowane…(śmiech). Trzy lata temu wzięłaś udział w filmie „Superprodukcja”. Dlaczego, i po co? Ten film to delikatnie mówiąc porażka… Ja nie wiedziałam nic o tym filmie…(śmiech)…i nie zagrałam tam, to za dużo powiedziane. Rzeczywiście jak na Machulskiego to jest bardzo marny. Ja zostałam tam poproszona o to, by być konsultantką do ustawienia w ringu Anny Przybylskiej, która grała tam postać bokserki. Machulski chciał jednak, żebym też zagrała w tym filmie siebie. I tak było też z innymi osobami. Aktorstwa miała uczyć Janda jako Janda, a boksu uczyła Rylik jako Rylik. A czy to w ogóle był Twój głos w tym filmie? Nie, ja wyjeżdżałam do Budapesztu, ponieważ miałam walkę o mistrzostwo świata. No i zastąpili mój głos kimś innym, jak to usłyszałam, to się załamałam. Jak udaje Ci się nie być bohaterką gazet, które zajmują się plotkami, pseudoskandalami? Prasa ogólnie kłamie, spora część tych informacji jest po prostu wymyślona. Na szczęście mi odpuszcza (śmiech). To dobrze, ale ja nie zachowuję się w taki sposób, by mieli się czegoś czepić. Jestem grzeczną dziewczynką (śmiech)…Żyję w spokojnym związku od paru lat, mój narzeczony nie udziela się publicznie, ja pracuję ciężko, mam szczęśliwe życie, żadnych dramatów, więc prasa nie ma za bardzo o czym pisać. Czyli jesteś szczęśliwa? Tak! Czy jest ktoś, kogo nazwałabyś swoim idolem? Nie. Nigdy nie byłam w kogoś zapatrzona. Zawsze było tak, że coś mi się podobało u kilku osób. Jakimi wartościami w życiu się kierujesz? Co jest dla Ciebie najważniejsze? Najważniejsze to być dobrym człowiekiem, być dobrym dla innych oraz dla samego siebie. Lubisz podróżować? Bardzo lubię. W tym roku byłam w kilku fajnych miejscach. Byłam w Szanghaju, w Tokio, w roku ubiegłym zobaczyłam Hong Kong. Te miejsca są cudowne. Stany chyba zwiedziłam całe. Las Vegas nadaje się tylko na weekend, by pograć w kasynie i się dobrze pobawić, z kolei San Francisco to miasto, w którym mogłabym zamieszkać. Zwiedziłam Karaiby. Lubię nurkować, więc najlepiej się czuję na wyspach, gdzie jest ciepło, jest piękna plaża, woda do pływania. Uwielbiam otwarte akweny…Uważam, że nie warto składać pieniędzy, nie wiadomo jak oszczędzać. Życie jest krótkie, szybko ucieka… Zawsze podkreślasz, że bardzo ważny jest dla Ciebie zdrowy tryb życia. Co robisz, by zawsze mieć kondycję? Ćwiczenia, dieta, wegetarianizm? Wszystko jest dla ludzi, ale z niczym nie można przesadzać. Ruch jest jak najbardziej dobrą sprawą. Ja jestem uzależniona od sportu. Codziennie biegam, uwielbiam grać w koszykówkę, pływać, nurkować, jeździć na rowerze, robić milion różnych rzeczy…Bez tego źle się czuję. I radzę każdemu, by znalazł sobie coś takiego, co sprawia mu przyjemność. Obojętnie…rower, marszobiegi. Ruch daje świeżość organizmowi. Ja po wysiłku czuje się dopiero dobrze. Masa ludzi w ogóle się nie rusza. Wolą siedzieć przed telewizorem, w samochodzie…Aktywne spędzanie czasu jest szalenie ważne. Nawet zwykłe spacery. Spacery z psem…Poza tym odżywianie. W Polsce jest fatalnie. Polacy jedzą źle: tłusto, niezdrowo, jedzą za dużo pieczywa, ziemniaków, słodkich napojów… Ja nie używam masła, nie jem też mięsa, ale nie jest to związane z żadną ideologią. Pewnego dnia stwierdziłam, że jem go za dużo. I przestałam. Mięso może być zdrowe, jeśli jest podane bez sosów, nie jest tłuste. Ja wolę rybki i owoce morza. Co jeszcze składa się w Twoim przypadku na zdrowy tryb życia? Bardzo ważną rolę odgrywa nasza psychika, to żebyśmy byli dobrzy dla siebie. Dbajmy nie tylko o swoje ciało, ale i o swoją głowę. Unikajmy stresów, nerwów. Mówi się, że w zdrowym ciele zdrowy duch, ale chyba można powiedzieć, że działa to także w drugą stronę. Kiedyś powiedziałaś, że są takie dni, kiedy się sobie nie podobasz. Chyba nie starasz mi się wmówić, że kobieta tak piękna ma jakieś kompleksy... Kompleksy to może nie. Ja akceptuję swoje ciało. Przyzwyczaiłam się do tego, że mam rozwinięte barki, mięśnie, uda. Ale czasami mam taki klasyczny kobiecy dzień, gdy nie wiem w co się ubrać, nic mi nie pasuje, nic mi się nie podoba. Ale wiesz myślę, że to jednak jest związane z hormonami (śmiech). A czy jest coś czego zazdrościsz innym? Ja cały czas pracuję nad czymś co jest określane spokojem wewnętrznym. Powoli mi się to udaje. Sporo ludzi jest na takim poziomie. Są wyluzowani, spokojni wewnętrznie, a ja nieraz mam jeszcze z tym kłopot. Na przykład: nie robienie niczego. Są chwile kiedy muszę odpoczywać, a męczą mnie myśli, czy aby przypadkiem nie powinnam w tym czasie czegoś zrobić, z kimś się spotkać. Taka presja, czająca się w myślach, że coś muszę. I ja cały czas dążę do takiego spokoju, żeby się położyć, poczytać książkę, wyłączyć się ze wszystkiego... I tego wewnętrznego spokoju Ci życzę! Poproszę o kilka słów na zakończenie dla tych wszystkich, którzy czytają ten wywiad. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Przede wszystkim życzę zdrowia, pogody, aktywności i tego, żeby zadbać trochę o swoje ciało. Uśmiechać się częściej, bo Polacy są narodem, gdzie rzadko kto się uśmiecha. Na całym świecie jest tak, gdy biegamy ścieżkami, to wszyscy się pozdrawiają, uśmiechają do siebie, a tu patrzą „spod byka” jak na wariatkę (śmiech). Powiedziała moja piękna, utalentowana, waleczna ulubienica, a ja pobiegłem…I biegam do dziś, bo ruch to zdrowie…nawet, gdy patrzą na mnie jak na wariata. rozmawiał Piotr Bałajan
|
|